20.5.13

London

Ostatnie kilka dni spędziłam w Londynie. Zaczęło się dosyć standardowo: pewnego dnia trafiłam na tanie bilety lotnicze, zamówiłam je i na jakiś czas zapomniałam o temacie. Nadszedł maj, działania logistyczne zostały poczynione, pies zostawiony pod odpowiednią opieką, a my zwarci i gotowi ruszyliśmy na podbój kolejnego kraju. W końcu nadszedł ten dzień, w którym przestałam czuć się wykluczona, przez całe życie myślałam nawet, że jestem ostatnią Polką, która nie była w UK (no bo jak to, być Polakiem i nie widzieć jeszcze Londynu?). 

Nasza podróż zaczęła się od wyprawy Polskim Busem do Warszawy. Męcząca sprawa, ale jesteśmy młodzi, nie dla nas takie bariery. Na miejscu byliśmy dopiero ok. godziny 21.00 i po odnalezieniu miejsca naszego noclegu byliśmy już dosyć zmęczeni, starczyło nam jednak siły na chwilę rozmowy z ludźmi z Włoch, Brazylii i Niemiec, którzy wynajmowali pokoje w tym samym apartamencie (to słowo to oczywiście ogromne nadużycie), co my. Nie obeszło się bez przygód - tej samej nocy zatrzasnęliśmy sobie klucze w pokoju. Zostaliśmy bez telefonów i .... bez ubrań (tak, tak - wychodziliśmy właśnie spod prysznica, kiedy odkryliśmy ten fakt) :) Zmęczenie + stres dały się we znaki, wizja spędzenia nocy w kuchni też nie wydawała się specjalna inspirująca, ale na szczęście dosyć szybko udało nam się wyjść z opresji, sposobem, o którym nie śniło się nawet filozofom.


Następnego dnia, o godz. 9.00 rano z naszym całym dobytkiem (polecieliśmy tylko z bagażem podręcznym, oszczędność, panie!) ruszyliśmy zwiedzać to osławione i uwielbiane przez miliony miasto. Naszą trasę rozpoczęliśmy od wschodniego Londynu, w okolicach Bethnal Green, skończyliśmy 9 godzin później na Paddington Station, skąd udaliśmy się metrem na Waterloo. Jako rasowi piechurzy przeszliśmy na nogach ok. 25 kilometrów, robiąc większe i mniejsze przystanki. Efekt? Udało nam się pobieżnie zwiedzić niemal całą I strefę. Nogi odmawiały już posłuszeństwa, ale nie lubimy zwiedzać miasta podróżując komunikacją miejską od punktu A do punktu B. Znacznie ciekawsze od podziwiania ścian w metrze, jest spacerowanie, błądzenie i odkrywanie. Tak też uczyniliśmy w Londynie. Nie mieliśmy planu z wypisanymi miejscami, które chcemy zobaczyć. Szliśmy przed siebie. Tak zwyczajnie.

Jeśli myślicie, że zmęczenie powaliło nas na tyle, że skończyliśmy na tym nasz dzień, to grubo się mylicie. Po godz. 18.00 udaliśmy się pociągiem do Woking. Tam odebrała nas Riennahera. Bardzo ucieszyłam się z tego spotkania, bo ostatni (i zarazem pierwszy) raz widziałyśmy się w październiku na BFG. Zdążyłam się już przez ten czas za nią stęsknić. Tym razem zobaczyłam, gdzie i jak mieszka oraz poznałam jej chłopaka. Nie zdążyliśmy nawet odsapnąć i szliśmy już do pobliskiego pubu, aby zakosztować nocnego życia w UK. Fajna sprawa. Ostatecznie zakończyliśmy ten dzień grubo po północy, sącząc wyborne drinki, rozmawiając, śmiejąc się i robiąc różne dziwne rzeczy. Lubię ludzi, którzy mają absurdalne poczucie humoru. Rien na pewno je ma (tak, pamiętam, jak nazywasz swoją pralnię).
Kolejnego dnia wróciliśmy do Londynu, odkryć miejsca, których nie udało nam się zobaczyć dnia poprzedniego. Były wśród nich miejsca typowo turystyczne (nie polecam - mnóstwo ludzi, a same budynki nie robią na żywo wrażenia), jak i te oddalone od tłumów, ciche i spokojne uliczki z pięknymi domami, uroczymi kawiarniami czy inspirującymi sklepami.

Przy okazji: wielki FAIL dla Harrodsa, w którym w dziale dla zwierząt sprzedawane są psy. Żywe. Siedzą w przeszklonych klatkach i są główną atrakcją klientów tego piętra. Widziałam już analogiczne sklepy zoologiczne w Singapurze, jednak reklamujący się jako luksusowy dom towarowy Harrods, nie powinien stosować tego typu zabiegów.

Oraz: nie polecam serwisu wimdu.com (wiem, że kilku blogerów promowało ten serwis). Trzykrotnie przejechałam się na niezorganizowaniu/braku uczciwości osób, które oferowały tam swoje mieszkania. Myślę, że do osób zarządzających serwisem należy weryfikacja swoich użytkowników i dopilnowanie, by wszystko odbywało się sprawnie. 
Przez cały pobyt tutaj, zastanawiałam się, co właściwie sądzę o Londynie. Wiem, że w ciągu 2 (acz intensywnych) dni, nie da się poznać tego miasta nawet w małym procencie, ale istnieje coś takiego, jak pierwsze wrażenie i Londyn w moich oczach nie spisał się na medal. No Nowy Jork to to nie jest. Z pewnością jest tu wiele inspirujących i ciekawych miejsc (na widok niektórych przystawałam i chciałam tam z miejsca zamieszkać), mnóstwo możliwości, ale jak dla mnie Londyn nie ma jakiegoś specjalnego klimatu. Może, po opowieściach znajomych,  miałam zbyt duże oczekiwania wobec tego miasta, może niepotrzebnie porównuję je w głowie do ukochanego Nowego Jorku. Mam jednak wrażenie, że wiele zachwytów na temat stolicy Anglii jest po prostu wyolbrzymiona.

fot. Paweł

Dzięki za uwagę, niebawem ruszam znowu. Tym razem w nieco cieplejsze miejsce.

14.5.13

amatorka w biustonoszu

Czytelnicy nieustannie dostarczają mi uciech i inspiracji do nowych postów. Podobnie jest z hasłami kluczowymi, po których trafiają na mój blog. Te chyba nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać. Weźmy takie pierwsze z brzegu, z ostatniego tygodnia:


amatorki w biustonoszach - kobiety, które noszą stanik, choć wcale nie muszą (to ja);
fajnie napisane imię Roksana - proponuję w sanskrycie, powinno być wystarczająco cool;
imię Leon, co mówi o człowieku - prawdopodobnie tyle samo, co data jego urodzenia, znak zodiaku i układ linii papilarnych - NIC;
co byś zrobił, gdybyś był bogaty - kupiłabym apartament w Nowym Jorku;
co robicie z rajstopami - zazwyczaj zakładamy na nogi, ale czasem przywdziewamy na twarz i robimy napad na pobliski kiosk ruchu. Ot, takie tam dziewczyńskie fanaberie;
fajna pipa - jeśli tak nazywasz żeński narząd płciowy, sorry, ale nie wróżę ci dobrego bzykania;
kobieta w męskim t-shircie - też to lubię;
książka o związkach - rozmowa jest tańsza ;
lubienie własnych postów - jest jak masturbacja. Jest fajnie, dopóki ktoś cię na tym nie przyłapie;
plecaki męskie z dermy - omg, człowieku, jeśli mnie czytasz, porzuć ten szatański pomysł. Kto kupuje rzeczy wykonane z DERMY?
widział moje zdjęcia, a po spotkaniu się nie odezwał - dziewczyno, toż to drama wyższego stopnia. Czy naprawdę ktoś szuka odpowiedzi na to pytanie w wyszukiwarce Google? Ja rozumiem jak zrobić jajko sadzone (to ja), albo w ilu stopniach prać firanki (to wciąż ja), ale nie takie coś.
spanie w łóżku z psem - story of my life (wiem, Doroto Sumińska, nie zostaniemy przyjaciółkami);
czarna gumka - ponoć wyszczupla;
nauczanie dziecka w domu - od kiedy obejrzałam Movie 54, ta kwestia już zawsze będzie mi się kojarzyć z tym epizodem: link;

10.5.13

Wroclove Design Festival

W dniu dzisiejszym odwiedziłam wrocławską Halę Stulecia, w której odbywa się Międzynarodowy Festiwal Dobrych Projektów - Wroclove Design. To pierwsza edycja europejskiego święta designu, poświęcona dobrze zaprojektowanym rzeczom oraz ich twórcom. Oprócz targów, na których prezentowane są produkty wielu artystów, podczas eventu organizowane są liczne warsztaty oraz prelekcje.

Absolutnie jaram się designem i uwielbiam otaczać ładnymi przedmiotami, więc nie mogło mnie tutaj zabraknąć. Wśród wystawców znajdziecie niszowych projektantów i młode marki, ale nie tylko. O dziwo, w tę artystyczną konwencję idealnie wpisały się także popularne brandy, takie jak Ikea czy Bo Concept, które w oryginalny sposób zaaranżowały swoje stoiska. Jeśli chodzi o asortyment, zobaczycie tu niemal wszystko: od mebli i szeroko rozumianych przedmiotów do wystroju wnętrz, po książki, ubrania, biżuterię, na rowerach i obrazach skończywszy. Mi do gustu przypadła w szczególności porcelana (pisałam już, że mam ostatnio bzika na tym punkcie?).

To pierwsza tego typu inicjatywa we Wrocławiu i muszę przyznać, że została zorganizowana na najwyższym poziomie. Festiwal potrwa do 12.05, więc jeśli mieszkacie lub jesteście aktualnie we Wrocławiu i macie ochotę na sporą dawkę inspiracji, nie zastanawiajcie się nawet, tylko tam gnajcie. Wstęp kosztuje 10/15 pln.

strona www: wroclove design

5.5.13

dziwna okolica

Czasem oprócz marzeń dobrze mieć jeszcze paczkę papierosów. 

Tym pozytywnym akcentem wprowadzam Was do notki z nowymi & starszymi zdjęciami. Dziś wyjątkowo bez tekstu (w końcu czuję się jak typowa szafiarka), za to ze ścieżką dźwiękową, przy której można (a nawet należy) się melancholizować.
__________________
Soundtrack do zdjęć:

Tak jestem wredna oraz uzależniona od stawiania nawiasów.

 fot. ja i Paweł