5/29/2012

Schisophrenic Family

Kilka dni temu znalazłam na swoim dysku przenośnym opowiadanie, które napisałam parę lat temu, na studiach. Ucieszyłam się z tego odkrycia, bo o tekście kompletnie zapomniałam, a swego czasu zostało wyróżnione przez samą Olgę Tokarczuk, co jak się domyślacie dało mi niezłego kopa motywacyjnego do dalszego pisania. I choć na dzień dzisiejszy najlepiej czuję się w gatunkach publicystycznych, przygodę z prozą i poezją do tej pory mile wspominam.

"Historia rodzinna"

Spozierając przez papierowe otchłanie różowej padliny czasopisma dla kobiet, kobiet rzekomo modnych i na czasie, nawiasem mówiąc, takich, za jakie wciąż się podawałyśmy, K. natrafiła na starą, pożółkłą, śmierdzącą stęchlizną fotografię. Spytała co to. Rodzinna fotografia, odpowiedziałam. K. domagała się wyjaśnień, bo przecież nigdy o rodzinie nie wspominałam.
A więc. Od lewej stoi babcia. Kochałam ją właśnie taką, jak tam stoi. W beżowej bluzce z żabotem, z nałogową zależnością spożywania herbaty. Była taka krucha i niewinna z kanałem zmarszczek przecinającym jej czerwone, okrągłe policzki. Nie zbrzydła mi nigdy jej ogórkowa. Obok stoi dziadek. Przedwcześnie zmarły dekadent. Mówił zwięźle o swojej niedoszłej pasji, kasłając natarczywie, stawiał ludziom piece. Na dole stoi mama. Z chirurgiczną precyzją wszczepiała we mnie instynkt ciepła. Równomiernie, pomiędzy dziecięce usta, rozprowadzała elektrony miłości. Tuliła i chuchała. Mama, mamusia, mateńka. Zaraz przed nią tato.  Na magnesach przyczepionych do lodówki zostawiał ślady brudnych od węgla opuszków palców. Że kocha, pisał. Tu, na samym dole - Baron. Pies pański. Amputowanym ogonem wyrażał resztki dozgonnej radości, oblizując się nad pełną miską. Kochałam go,  nawet z tym kikutem. No i w końcu ja. Poznajesz? W przyblakłej sukience, z paznokciami wczepionymi w nadgarstki, patrzę na wskroś obiektywu. Już wtedy miałam przeczucie…
Ale zaraz, zaraz. Szepnęła K., niemal dławiąc  się zaciąganym papierosem. Jakim cudem jesteś na tak starej fotografii?
Widzisz, odrzekłam. Piszę listy do zmarłych. Tych wielkich i tych całkiem moich. Wczoraj, adresując kopertę, natknęłam się na tę fotografię. Do tego czasu byłam całkowicie nieświadoma. Przypomniałam sobie dzień, kiedy była robiona. To potworne zimno u fotografa i ciemne, pochmurne niebo. Mama uparła się, byśmy właśnie wtedy je zrobili. Właśnie wtedy. Nie jutro i nie za tydzień. Mama wiedziała i wszyscy wiedzieli. Oprócz mnie i czworonoga. Jak gdyby nam mniej zależało. Jak gdybyśmy niczego w życiu nie przeżyli, nie mieli za kim tęsknić i czego żałować. Dzień później już nas nie było.
Pamiętam tylko uporczywy chłód, kiedy kazali nam ściągnąć ubrania. Nie chciałam oddać swoich trzewików, przecież były nowe i nawet jeszcze nie zdarte. Oberwałam za to po głowie. Potem był już tylko niezwykły, ludzki smród i przerażający bełkot…
Fotografia leżała zakopana pod stertą niepotrzebnych gazet. Przez ponad pół wieku nie przejechał nikt po niej palcem, celem zepchnięcia zastygłego kurzu. Nie było takiej potrzeby. Przecież wszyscy umarliśmy. A mi na zawsze pozostały  jedenastoletnie wargi.

 fot. Paweł
sweter: sheinside, spódnica: zara, kapelusz: vila, buty: camaieu

5/27/2012

California

Nadeszły upały. Nawet się ucieszyłam i z radością wyciągnęłam z szafy za dużą koszulkę. Bo to męska koszulka była, for man, jak raczyła wypomnieć wewnętrzna metka. Lato bywa nieznośne w dużym mieście,  a wystarczy nabrać trochę aromatu słońca, wchłonąć woń olejku do opalania (to sprawdzony sposób na przywołanie w głowie wakacji. Też tak macie?), nałykać się zapachu kurzu, wiatru i koszonej trawy...  A gdybym nie wybrała w tak piękną pogodę kusych szortów, te byłyby smutne podwójnie - na co mi znerwicowane ubrania? Jeszcze skłonne się odwdzięczyć. 
fot. Paweł
t-shirt: zara, spodenki: ax parisokulary: ray bansandały: zara, torebka: jackpot

Jakiś czas temu podpisałam roczny kontrakt z marką JACKPOT. W ramach naszej współpracy będę m.in. raz w miesiącu dodawać stylizację z wykorzystaniem produktów tej firmy. Dzisiejszy zestaw z torebką jest pierwszym wpisem, początkującym cały cykl.


5/22/2012

Agnieszka Graff 'Świat bez kobiet'

„Świat bez kobiet”- to idealna puenta podsumowującą trwające do dziś czasy patriarchatu w naszym kraju. 

Autorka w dosyć zabawny, często ironiczny i autoironiczny sposób przedstawia sytuację kobiet na polskiej arenie politycznej, polskim rynku pracy i tymże społeczeństwie.  I nie stwierdza, lecz sugeruje, że płeć  stanowi pewną kategorię, poprzez którą dochodzi do hierarchizacji …

Po pierwsze: autorka zauważa, że kobietom wmawiane jest, iż płeć nie jest postrzegana jako kategoria polityczna. Płeć żeńska na arenie politycznej jest nadal mniejszością, choć jak powszechnie wiadomo w naszym kraju równouprawnienie przecież istnieje. Przeciwnicy ustawy o równym statusie kobiet i mężczyzn stwierdzili, iż „dyskryminacji w Polsce nie ma; jest tylko naturalna różnica ról…”. Skoro podział ze względu na płeć obudowuje się tak neutralnym eufemizmem, jak nazwiemy rasizm? 

Po drugie: przekonanie, że męskość, to stanowczość, konsekwencja i odwaga, jest tak powszechna, tak wrośnięta w kulturę, że samo się garnie na język. Słowo ‘mężczyzna’ stanowi wygodny skrót myślowy, oznaczający istotę ludzką, która nadaje się na polityka.  Jedynym pocieszającym argumentem może być fakt, że stereotyp zwalnia z obowiązku myślenia.  Kwestię kobiecą od niemal zawsze bagatelizowano, uznając, iż istniejący podział jest najlepszym z możliwych i nie ma sensu go zmieniać „bo kobieta- nawet ta w spodniach - zawsze w końcu okaże się kobietą, a więc istotą niezdolną do sprawowania jakiejkolwiek władzy. Zamiast rządzić - zakocha się, zagada z przyjaciółką, zasiedzi u fryzjera, albo niespodziewanie na sali sądowej wyda na świat dziecko”. 

Po trzecie: brak równouprawnienia na rynku pracy. Jakże inaczej można nazwać fakt pewnych dysproporcji płacowych wynikających z rozróżniania płci? Wszelkie tłumaczenia mają taką samą wartość semantyczną, co stwierdzenie: „wszyscy jesteśmy ludźmi, a niektórzy z nas to kobiety”, czy „Kobieta jest traktowana na równi z mężczyzną, jeśli tylko podpisze zobowiązanie, że nie zamierza rodzić dzieci..”.  

Podsumowując, Agnieszka Graff dosyć trafnie zatytułowała swoją książkę, insynuując, że świat właściwie pozbawiony jest kobiet. No tak, skoro nie ma ich w życiu publicznym państwa, powoli wypierane zostają nawet z języka, trudno się dziwić, iż wraz z wykluczeniem słowa „kobieta” z dyskursu społecznego, zanikają prawa i potrzeby kobiet. Czy w kraju, gdzie kobieta nie może decydować o własnym brzuchu, a w kwestiach aborcji używa się jedynie takich pojęć, jak ‘płód’, czy ‘poczęte życie’, pomijając zupełnie kwestię wyboru, wolnej woli itd. może być miejsce na równość? A więc skoro tej równowagi nie ma, nie ma i miejsca dla kobiet. Jak słusznie zauważyła Sylviane Agacinski, w dyskursie publicznym brakuje kobiet. Obecne są one jedynie w postaci sądów na ich temat. A przecież kobiety są cenne, bo są inne…  I najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że kiedy 7 lat po wydaniu książki, w 2008 roku Agnieszka Graff napisała artykuł, zaczęła go od słów: „Ta książka miała się zdezaktualizować…”. Mamy 2012 rok. Pani Agnieszko, ze smutkiem stwierdzam, że nic się nie zmieniło.

Posłowie
Nie uważam się za feministkę, a mimo to książka bardzo mi się podobała. Nie jest to lekka lektura, którą możemy przyjąć pół godziny przed snem, ale nie jest to również typowa proza popularnonaukowa, pełna trudnych terminów i nudnych wywodów. Osobiście nie czuję się pod żadnym względem dyskryminowana (a Wy?), nie ścigają mnie też napisy  "men power" na murach, ale w większości przypadków zgadzam się ze stwierdzeniami autorki. Odradzam za to książkę osobom, które nie rozumieją sentencji Rebecci West: "Feministką nazywają mnie, gdy robię coś, co odróżnia mnie od ścierki do podłogi" i postrzegają feminizm przez pryzmat stereotypów.

Ciekawa jestem, co o tej pozycji sądzi moja Rudowłosa?
A co o miejscu kobiety w naszym społeczeństwie sądzicie Wy? Może coś Was wkurza, uwiera, albo wręcz przeciwnie - raduje? Dajecie.

5/21/2012

Dziwne grupy na Facebooku

Pytanie na poniedziałek brzmi: po co ludzie dołączają do głupich grup na Facebooku?

Obserwuję tę całą modę na dołączanie do dziwnych (czyt. durnych) grup na Facebooku i szczerze zastanawiam się PO CO ludzie to robią? Chcą głośno zamanifestować swoje poglądy, przynależeć do pewnej grupy społecznej, pokazać, że są śmieszni/zabawni/cool, bo przyznali się publicznie, podobnie jak 21 tysięcy innych ludzi, że w dzieciństwie nie lubili, kiedy mama wycierała im buzię swoją śliną? Czy o co chodzi?
Moi drodzy. Naprawdę nie jest nietaktem nie robienie tego, co wszyscy.

Zrobiłam szybki przegląd i oto lista kilku najpopularniejszych grup na Facebooku:

niezła bijacz; jaram się twoją anegdotką; rzyganie jest glamour; emocje jak po zbieraniu ziemniaków; od jutra nie jem; komentarz został zjedzony przez Grycanki; co ja płacze; imprezo, oddaj moją godność; czesałbym; nie śpię, bo trzymam grzywkę; kuram cię; jebnij smajla; kotku, twoje oczy sąkoloru mojego Tico; w nocy przechodzę przez szafę do Narni; jeśli nie ma mnie dwa dni na fejsie, dzwońcie na policję;nie znoszę kiedy mama każe mi stanąć w kolejce i mówi: "Czekaj.Zaraz będę!"; boję się, że nie jestem krakowskim hipsterem; hipsterzy, którzy udają koty; jestem tak alternatywny, że sram bursztynem; w taką pogodę ruchałbym cię jak dzika kuna w agreście; włosy na rękach są fajne; udaję, że używam mocy, by otworzyć automatyczne drzwi; jak byłem mały łączyłem śliną chrupki kukurydziane; Batman królem Polski...

Koniecznie trzeba w nich być. To czyni ludzi fajnymi. Pozwala cieszyć się szacunkiem od Boga i nie być lamusem. Ale co ja tam wiem. Może stwierdzenie: 'nie jem żył w wędlinach' mówi w tych czasach o mnie więcej, niż moje pochodzenie, wykształcenie i światopogląd?


Jeśli znacie inne lub jesteście fanami podobnych grup (trudno, udźwignę to) - z chęcią poczytam w komentarzach czego to ludzie nie wymyślą.

[didaskalia: masy krzyczą, ekstrema milczą. kurtyna]

bluzka, naszyjnik: romwe, spodenki: stradivarius, buty: diverse

5/12/2012

FollowSaturday #4


W tym tygodniu nominuję:
1. Wojaże Oliwki po ziemi paryskiej.
2. The Blonde Gypsy - blog Larissy, znajomej z Californii - za odwagę w podróżowaniu solo. I za całokształt.
3. Eve-r-green oraz Styledigger  za skłonienie mnie do refleksji nad  świadomą konsumpcją.
4. Pani Mruk za kilka ostatnich, wspaniałych notek z pięknymi zdjęciami.
5. ERQ komentuje porady z Cosmo. Prześmieszne!
6. Skarb w polskiej blogosferze: Weronika z Raspberry and red.

Miłego czytania!